polecamy
Pytania do
Burmistrza

Mieszkaniec Zawadzkiego - Kamil Kulej zdobył najwyższy szczyt Europy. Zachęcamy do przeczytania relacji z tej wyprawy.
 

   

Wyprawa odbyła się zgodnie z założonym planem. Na zrealizowanie naszego celu potrzebowaliśmy 10 dni. Wyprawę nazwaliśmy "na dach Europy po marzenia". Nasza grupa wystartowała w składzie: Dawid Penkala, Michał Wachowski, Paweł Wachowski, Waldek Malina i Kamil Kulej z Zawadzkiego - "Mont Blanc Mafia".
 
Pierwszym szczytem, który podchodziliśmy, był Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii o wysokości 3798 m n.p.m. Znajduje się w Glocknergruppe, podgrupie górskiej Wysokich Taurów, części Alp Centralnych. Drugi co do wybitności szczyt Alp. Szczyt ten jest ciężki technicznie, dlatego też niezbędny był skompletowany sprzęt wspinaczkowy, który każdy z nas posiada. Pogoda niestety nam nie dopisała. Mgła oraz bardzo niska temperatura utrudniały nam wejście na szczyt. Ataku szczytowego musieliśmy podjąć się w pierwszy dzień. Prognozy na drugi dzień nie były zbyt obiecujące, gdyż prognozowano, iż w tym dniu mają przywitać nas bardzo złe warunki pogodowe i wejście nie będzie możliwe. Wyjście pierwszego dnia było dobrą decyzją. Pomimo tego, iż znajomość naszej grupy nie trwa zbyt długo to współpraca między nami zauważalna była niemalże od razu. Bardzo dziękuję moim kompanom z podróży, gdyż dużo się od nich nauczyłem. W górach jest to bardzo istotny aspekt, ponieważ tylko wspólnymi siłami, pomocą i wsparciem jest się w stanie zrealizować obrany kierunek wyprawy. Zaufanie gra tutaj główne skrzypce. Należy tutaj nadmienić, iż nasza pięcioosobowa grupa była przypięta do jednej liny, a więc jeśli jednej osobie powinęłaby się noga to wszyscy skończą w ten sam sposób. Zejście okazało się w miarę sprawne.

Następnie udaliśmy się na parking po samochód w celu pokonania trasy 750 km pod Mont Blanc. Wejście na wielką górę rozpoczęło się od strony francuskiej. Pierwszy dzień był spokojnym trekkingiem do 2 schronu Tete Rousse (3150 m.). Tak swoją drogą - to bardzo przyjemne miejsce nie zważywszy na to, iż nie ma tam żadnego dostępu do wody, a prąd wyłączany jest o godzinie 19. Pobudka nastąpiła o godzinie 1:30, zjedliśmy szybkie śniadanie i ruszyliśmy w stronę 3 schronu. Pomysł na wychodzenie w nocy, nawet na aklimatyzację, wywodzi się z pewnego powodu. Otóż na początku, gdzieś w rejonie 3350m należy przetrawersować słynny Wielki Kuluar (Grand Couloir, Couloir du Goûter, Kuluar Rolling Stones, Żleb Śmierci). Jego zła opinia bierze się z niebezpieczeństw powodowanych przez spadające z góry kamienie, bloki skalne, bryły lodowe i lawiny śnieżne. Trasa ta jest bardzo ciężka (80% ludzi ginie właśnie na tej trasie). Podejście było bardzo trudne, trasa zajęła nam ponad 3 godziny. Przewyższenia pomiędzy Tete Rousse a Refuge du Gouter 3815 m n.p.m. prawie 700 metrów w pionie. W schronie odpoczęliśmy godzinę czasu i przystąpiliśmy do wejścia na wysokość 4304m. n.p.m. Szczyt o nazwie Dome du Gouter jest dobrym punktem widokowym w stronę trasy na Mont Blanc. Spędziliśmy tam 40 minut i zeszliśmy do schronu. Wejście to umotywowane było prawidłową aklimatyzacją. Wysokość ta daje się już we znaki. Bóle głowy i płytki oddech spowodowane są zmniejszoną ilością tlenu w powietrzu. Na tej wysokości nie chce się ani spać ani jeść, chociaż znalazłoby się paru, którzy nie mieliby z tym najmniejszego problemu. Następnie nadszedł czas odpoczynku i pobudki o godzinie 1:00, śniadania i wyprawy w stronę szczytu. Co jakiś czas stawaliśmy i robiliśmy sobie przerwy (jest to tak zwany system 30 kroków). Doskwierający nam bardzo płytki oddech i delikatny ból głowy nie był w stanie powstrzymać naszej grupy przed czymkolwiek. Chęć zdobycia tego szczytu była tak silna, że nie było takiej mocy, która miałaby na to wpłynąć. Można stwierdzić, że dopisało nam wiele szczęścia, ponieważ żadnego z nas nie dopadła choroba wysokościowa. Szliśmy i szliśmy. Silny wiatr i słońce, które piekło nasze twarze starały się nam utrudnić wejście, ale finalnie udało nam się na nim stanąć o godzinie 7:03. Wysokość 4810m. n.p.m. Pogoda fantastyczna przez jedną chwilę. Udało nam się zrobić raptem parę zdjęć, aż tu nagle niespodziewanie uderzyła w nas chmura śnieżna, widoczność była na, dosłownie, dwa metry. Zrobiliśmy jeszcze parę szybkich ujęć we mgle, podpięliśmy się pod linę i zeszliśmy do schronu Valot 4400m. Tam wypiliśmy ciepłą herbatę, dogrzaliśmy się i omówiliśmy plan zejścia do Gouter-a. Udało nam się tam dotrzeć po 5 godzinach od zdobycia szczytu. Planowaliśmy zejść niżej, ale opadliśmy z sił. Najważniejszą kwestią był, omawiany wcześniej, kuluar śmierci. W godzinach popołudniowych jest tam ogrom spadających kamieni. Wobec tego czekała nas kolejna noc w schronie. Drugiego dnia pogoda nie zwiastowała nic dobrego, gdyż wystąpiły silne wiatry i burze. Pobudka nastąpiła o godzinie 2:00, niestety ciemność i zbyt silny wiatr nie pozwoliły nam zejść po ścianie. Poczekaliśmy do momentu ustania wiatru, czyli do godziny 4:30. Gdy w końcu wyszliśmy zaczęliśmy napotykać ludzi, którzy wracali z ataku szczytowego, którego tego dnia niestety nie udało im się dokonać. W schronisku słynne jest powiedzenie, iż jeśli tym razem się nie udało, to za rok już na pewno wszystko pójdzie po myśli. W tej sytuacji kandydatom nie pozostawało nic innego jak skok w ubraniach do śpiwora i głęboki sen. Nie ma tutaj co ukrywać - trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, a los sprawił, że my je mieliśmy. Zejście 700 metrów w dół było trudne, ale pomimo wszystko pod 2 schronem udało nam się w końcu dotrzeć po 4 godzinach. Reszta trasy to już raczej fragment zabawy, a chodzi tutaj o tak zwany przysłowiowo zjazd na liściu. Polega to na tym, że zakłada się folie ochronne na plecaki i śliskie spodnie, czekan wbija się w śnieg i kontroluje się prędkość. Przy pierwszym schronisku znaleźliśmy się bardzo szybko. Ten moment w całej podróży pozwolił nam się wyzbyć wszystkich negatywnych emocji i nareszcie odstresować. Dlaczego dopiero teraz? Dlatego, iż wyżej występują wielkie szczeliny i trzeba być skupionym żeby w nie nie wpaść. Całą trasę po lodowcu przeszliśmy, przypięci do siebie, z liną lotną. W końcu dotarliśmy na parking, co za ulga. Przebraliśmy się w suche ubrania i pojechaliśmy w stronę domu. Podróż trwała jakieś 15 godzin, ale zważywszy na nasz ostatnio przetrwany tydzień nie było to dla nas trudnością. Nawet się nie obejrzeliśmy, a już byliśmy w swoich domach.
Jak mogę pokrótce podsumować to wszystko? Tego rodzaju wyprawy pozwalają na przełamywanie lęków i uczą, przede wszystkim, pokory. Mam nadzieję, że będzie ich tylko więcej! Chciałbym podziękować całej ekipie za te 10 wspaniałych i niełatwych dni. Ogromne podziękowania należą się również Burmistrzowi Zawadzkiego oraz pracownikom Urzędu Miejskiego za pomoc w przygotowaniach do wyprawy. Nie ukrywam, że wyjazd nie udałby się również, gdyby nie pomoc sponsorów, mianowicie mowa o:
- KAPICA
- ACTIVE +
- SIŁOWNIA MAXIMUS ZAWADZKIE
- UBOJNIA DROBIU „PRUS”.
- MEGA MASZYNY
Na koniec chciałbym podziękować wszystkim ludziom o dobrym sercu, którzy dołączyli do podłączonej pod wyprawę szlachetnej akcji, jaką była zbiórka pieniędzy na domy dziecka w całej Polsce. 19.07.2019 ruszamy podbić nowy szczyt, ale o tym jeszcze będzie mowa, gdyż tym razem podłączymy się pod akcję dla Ani i Natana. Dalsze informacje znajdziecie już niebawem na moim profilu na facebooku, więc uważnie obserwujcie! Chciałbym jeszcze tylko dodać, że mile widziani są również ludzie chcący wejść z nami w współpracę. Każda forma pomocy jest tutaj mile widziana. Pozdrawiam i do zobaczenia na następnym szczycie!
Kamil Kulej

 

×

Wyszukaj w serwisie